(Con)fusion kitchen - dla wielbicieli dobrego jedzenia w Krakowie i nie tylko
 

07 Mar ORZO – czyli co na Zabłociu w trawie piszczy

ORZO czyli wizyta w zielonym miejscu na postindustrialnym krakowskim Zabłociu.

Krakowskie Zabłocie przez kilka ostatnich lat chciało się wybić z miejsca, które dominowało połączeniem metalu, betonu i hal fabrycznych. Wybija się, oczywiście na swój, krakowski sposób. Tętni życiem odwiedzających tutejsze Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK czy Fabryki Emalii Oskara Schindlera. Powstało tu wiele knajpek, restauracji ale także loftów i osiedli. Zatem Zabłocie żyje i w tym swoim życiu powitało niespełna pół roku temu restaurację ORZO, do której zawitałem marcowym wieczorem.

ORZO na brak klientów nie może narzekać o czym świadczą zapełnione w większości stoliki nawet we wtorkowy wieczór. Wnętrze jak większość w tej części Krakowa industrialne, surowe aczkolwiek dość przytulne i urządzone z prostotą ale i ze smakiem. Co jednak najważniejsze, bardzo zielone o czym świadczy ilość roślin obecnych, zwisających i stojących, które z ideą właścicieli walczą z krakowskim smogiem. Idea rześka i na czasie i o dziwo wszystko w tym wnętrzu do siebie pasuje.
No ale dobrze, w sumie nie będę się na wnętrzu rozwodził, choć uwierzcie, że to jest równie ważne w jakim otoczeniu raczysz się jedzeniem. Tak samo jak ważne jest wnętrze, ważna jest obsługa i to jest pierwszy element (mega ważny) miejsca, z którym spotykasz się jeszcze zanim spróbujesz co w kwestii kulinarnej ma do zaoferowania. Nie ukrywam, że wręcz pedantycznie zwracam uwagę na to jak jestem obsługiwany i powiem tak – miałem ogromną przyjemność w ORZO kontaktu z obsługującą mnie i moich przyjaciół kelnerką. Uprzejmość jest jak dla mnie rzeczą oczywistą, choć z doświadczenia wiem, że nie dla wszystkich, natomiast nasza kelnerka była ponadto świadoma tego co robi, tego gdzie jest i co tak naprawdę reprezentuje w rozmowie z nami. Polecała śmiało, pełnymi zdaniami (nie jest to oczywiste!) i z tą właśnie niespotykaną często świadomością potraw i ogromną znajomością karty, ale co najciekawsze, również odradzała z taką samą pewnością – jestem pod wrażeniem – „zachowujesz fartucha”!

Karta… no trudno być idealnym we wszystkim od początku. Menu jak dla mnie było zdecydowanie za długie i naprawdę pogubiłem się w nim. Pomimo, że podzielone oczywiście na grupy: śniadania, startery, sałatki, mięsa, burgery i sandwicze, ryby, pasty, pizze (no bo jakże inaczej w Polsce), wszystko było misz-maszem na pierwszy rzut oka. Nie było tu konsekwencji ale mniej więcej odczuwałem o co w tym wszystkim ma chodzić, myślałem, myślałem – to ma być taka nowoczesność, że ma być konkretnie i do wyboru do koloru, i że będzie fancy – ale moim zdaniem… co za dużo to niezdrowo, miałem oczopląs od razu.
No i jeszcze ceny. Nie mam problemu z wydawaniem pieniędzy na dobre jedzenie, ale ceny w porównaniu do potraw były jakby to rzec – warszawskie. Zważywszy na moje krakowskie korzenie i dzielnicę w której jesteśmy – no trochę kogoś poniosło albo nastawia się całkowicie na styl „to jest fancy – to jest cool – za to się płaci”, ale ok – dajmy temu szansę.

Zamówiliśmy, czekamy i jest miło. Przystawki takie jak Batatas Bravas – w punkt, niby proste ale wyróżniające się smakiem z dodatkiem sera Halloumi, może lekko za bardzo okraszone jednakowoż smacznym sosem alioli chipotle – mnie kupiły bardzo. Pulled Pork Tostada z salsami i ogromem dodatków – smaczne na wskroś, choć tortilla mogłaby być nieco bardziej „crunchy”. Klasyczna Antipasti – pełna, syta, świeża i po prostu smaczna – połączenie serów, kaparów, oliwek, Prosciutto oraz Salami – niby proste, ale chwilami zamawiając to antipasti w knajpach masz wrażenie, że dostajesz resztki z lodówki a tu – pełnia szczęścia. Moi przyjaciele zaryzykowali burgery: jeden o fantazyjnej nazwie Smoked Juicy Lucy Burger z sezonowanej wołowiny rasy Angus z papryką peperoni i wędzonym cheddarem i drugi Pastrami Scrocchiarella z pieczonego mostku wołowego – choć ja mam dość osobliwe podejście do burgerów, wyglądały i smakowały poprawnie. Obfite, odpowiednio wysmażone mięso, dobrze dobrane dodatki.
Fusillioni Sepia
czyli czarny makaron z krewetkami i kalmarami, świeżą natką pietruszki i chilli – delikatny, świeży, aromatyczny i wyważony. To cieszyło i oko i podniebienie i zdecydowanie nie była to kolejna, nudna pasta.
Stek z sezonowanego Rostbefu cieszył również. Steki jak to steki, albo są cudem, albo totalnie niejadalną podkową – tutaj, choć miałem wątpliwości na początku, pozytywnie się zaskoczyłem – ahoj, kupiliście mnie ponownie!
Zatem, jak na razie wszystko pięknie, wszystko smacznie, ślinka cieknie, chce się zachwycać kolejnym kęsem i na koniec zostawiam kwestię ostatniego, wdzięcznego dania Prosciutto Brodo Ramen, na który osobiście z niecierpliwością czekałem.
W Ramenie szukasz czegoś niespodziewanego i czegoś innego, szukasz właśnie tego nie do końca odkrytego umami. No i w moim Ramenie tego smaku nie odnalazłem. Szczerze powiedziawszy smaku tutaj nie znalazłem żadnego. Zero. Nic. Null.
Ramen ORZO był podany z jajkiem poché, makaronem i porchettą czyli włoską roladą z boczku przyprawioną tymiankiem i koprem włoskim i według karty miał być „gęstym wywarem na szynce prosciutto crudo” – realnie był wodą z odsączania makaronu (choć ona w sumie czasami potrafi być gęstsza niż owy Ramen). Zwieńczeniem był jeden niuans – boczek jak to boczek jest ze wspaniałej świnki, (włoska porchetta jest czymś naprawdę wspaniałym z różnorodnym nadzieniem i aromatem niespotykanym nigdzie) a świnka wiadomo na brzuchu, tak samo jak nie jeden facet jakieś tam owłosienie posiada również…

więc resztę można sobie samemu dopowiedzieć co zauważyłem na owej skórce porchetty… Sorry, ale to się nie zdarza nawet na golonce w przydrożnej knajpie u Pani Krysi (z uszanowaniem dla Pani Krysi). Kurtyna!

 

Wizyta w ORZO People – Music – Nature na krakowskim Zabłociu minęła naprawdę przyjemnie, zachwycam się wnętrzem, otwartą kuchnią, obsługą i większością potraw nadal, mam jednak pewien dysonans, jakąś niepewność. Chyba muszę tam wrócić, spróbować kolejnych rzeczy, utwierdzić się albo i nie w dotychczasowych przekonaniach.

 

 

Jak na razie jestem na granicy Fuzji i Konfuzji – wielkie HALO, ale mam zakłócenia na linii

 

               

 


ORZO People – Music – Nature, ul. Lipowa 4a, Kraków
conFusion Kitchen
hello@confusionkitchen.pl
Czemu jest tak cicho?

Napisz mi coś smacznego